Z pamiętnika zawodnika – IFSS World Championship Dryland 2017

Wielkie emocje, wielkie wydarzenie, wielkie zwycięstwa

Boisko, pole i las w obrębie małej wsi Koźle koło Szamotuł stały się na kilka listopadowych dni miejscem wielkiego wydarzenia w świecie mushingu – IFSS World Championship Dryland. Dryland, oznacza, że wyścigi odbywają się na suchej powierzchni, czyli nie-na-śniegu, sucho bynajmniej nie było. Ponad 500 zawodników z 30 krajów świata zapewne będą wspominać zawody jako jedne z cięższych ze względu na warunki, choć sama trasa nie należała do trudnych. Poprosiliśmy kilku z nich o podzielenie się wrażeniami.

… przenieś się na chwilę na start, trasę i metę i poczuj tę atmosferę…

Julita Łubianka i Dzyndzel

Canicross Women Elite

Photo: C A M

Sobota. Zimno. Trzy godziny do startu zaczyna padać deszcz. Błoto, wszędzie błoto.  Na rozgrzewkę idę biegać w traperach. Lekko kropi. Biega mi się ciężko, ale jestem pełna nadziei. Zawsze tak mam, że jak rozgrzewka jest ciężka to będzie szybko. Idę na start z mężem, on prowadzi psa.  Dzyndzel już wie, wyrywa się, szczeka, jest podekscytowany. Przy korytarzu spotykam Julie-Anne Prins, tegoroczną zwyciężczynię Mistrzostw Europy ECF. Starty są podwójne, to z nią biegnę na jednej linii. Ja biegnę z psem, ona z suką. Obie jesteśmy zadowolone z tego faktu – nie będzie żadnych spięć miedzy psami na trasie. Wszystko przebiega bardzo szybko. Starty są co 30 sekund i zanim się zorientowałam już stałam na wytyczonej linii. Przy hałaśliwym szczekaniu psów czekamy aż wybije 14:11. Ruszamy, biegniemy bardzo szybko. Staram się dotrzymać kroku mojej rywalce. Dzyndzel prze do przodu jak szalony. 1km- 2:54 – Julie nam ucieka. Jak na takie błoto to bardzo szybko. Na drugim kilometrze dogania nas jedna z zawodniczek. Mamy lekkie problemy. Dzyndzel jest bardzo ambitny, podbiega do psa i nie chce dać się wyprzedzić. We dwie doganiamy zawodniczkę przed nami. Rywalka mija ją na zakręcie, ja troszkę później  – w największym błocie. Na tym zakręcie stał nasz obozowy trener Hubert Kiljan. Krzyczał, dopingował, dawał szybkie wskazówki „szybciej, goń ją, biegnij po prawej”. To dzięki niemu doszliśmy tę zawodniczkę. Dzyndzel wyprzedził bezbłędnie, z czego jestem bardzo dumna. Na błocie mocno się ślizgam. Obyło się na szczęście bez wywrotek, ale parę razy było bardzo blisko. W takim błocie łatwo buty pogubić. W trakcie mijania tabliczki z napisem „finish area” krzyczę do psa komendę „finish”. Wtedy przyśpieszamy. Dzyndzel ciągnie mnie z całej siły, bo wie że zaraz będzie koniec. Dobiegamy zmęczeni, ale z lekkim niedosytem. Wiem, że mogło być szybciej.
Po pierwszym dniu plasujemy się na 10 pozycji – czas 11:28. Dziewczyny są bardzo szybkie. Kolejne pozycje dzielą sekundy. Jesteśmy najszybsi ze wszystkich Polskich duetów canicrossowych.
Drugiego dnia już nie pada, ale jest zimniej. Starty są już pojedyncze, według kolejności z dnia poprzedniego. 5, 4, 3, 2, 1, go i biegniemy. Dzyndzel nie widzi żadnego psa przed sobą, mimo tego biegnie jak szalony. Pierwszy kilometr jest szybszy niż pierwszego dnia, drugi też. Na 3 kilometrze jest największe błoto. Bardzo się ślizgam, ledwo unikając wywrotek. Nie mogę przyśpieszyć. Dzyndzel jest zmęczony i na tym błocie mniej mi pomaga niż wczoraj. Finish biegnie jak zwykle bardzo dobrze. Dobiegamy w 11:38 – wolniej o 10s niż wczoraj, mimo tego jestem bardziej zmęczona. Spadamy na 12 pozycję. Szkoda, chciałam być w pierwszej 10, ale takie jest życie. Tutaj nie jest łatwo.

Wracam do domu i od razu na trening, nie odpuszczamy. Trenujemy na kolejne mistrzostwa. A te już za rok!

 

Agnieszka Jarecka i Aspen

Bikejoring Women Elite

Foto: C A M

Razem z moim 2-letnim psem Aspenem zdobyliśmy brązowy medal w bikejoringu kobiet podczas najważniejszej imprezy w tym sezonie w warunkach bezśnieżnych czyli w Mistrzostwach Świata IFSS Dryland, które odbyły się w dniach 24-26.11.2017r. w miejscowości Koźle koło Szamotuł w Polsce.
Były to dla mnie szczególne zawody, ponieważ broniłam tytułu Mistrzyni Świata w bikejoringu, który zdobyłam 2 lata temu w Kanadzie z moim psem Kodim. Postanowiłam wystartować z młodym psem, który nie jest jeszcze aż tak doświadczony jak Kodi, ale na treningach był jednak szybszy. Co prawda, nie udało się obronić tytułu, ale na pudło udało nam się wskoczyć.
Dłuższa trasa miała ok. 7 km, liczył się łączny czas z dwóch dni startów. Po pierwszym dniu w piątek uplasowałam się na 5 pozycji, ze stratą ok. 30 sekund do pierwszej zawodniczki.
W niedzielę chciałam dać z siebie wszystko i wskoczyć na pudło. Plan udało się zrealizować.

Niedzielny przejazd to była od początku do końca walka, żeby się nie przewrócić. Co chwilę wchodziliśmy w zakręty poślizgiem, rower tańczył na wszystkie strony, ale Aspen spisał się znakomicie, za każdym razem wyciągał mnie z tego błota i ratowaliśmy się przed upadkiem.
W połowie trasy dogoniliśmy jedną Francuzkę, która startowała minutę przed nami, wyprzedziliśmy ją, za chwilę kolejna zawodniczka była już w naszym zasięgu i bierzemy się za wyprzedzanie… Niestety musiałam wyprzedzać w najgorszym miejscu, gdzie było fatalne błoto, próbowałam zmienić tor jazdy, żeby ją wyprzedzić i… gleba. Zanurkowałam w błocie, kierownica skręcona, łańcuch spadł, Aspen zaplątał się w linkę. Długo nie mogłam się pozbierać, w końcu wsiadłam na rower, próbowałam ruszyć w tym błocie, a pies ciągnął z całej siły, przejechałam 2 metry i znów gleba… W sumie straciliśmy w tym miejscu ok. 40 sekund (sprawdzałam na kamerce).
Do mety daliśmy z siebie wszystko.
Co prawda pozostaje pewien niedosyt, po dwóch dniach straciliśmy tylko 29 sekund do pierwszej Jule-Marc Prins i 15 sekund do drugiej Hanna Bergman, ale najważniejsze, że wskoczyliśmy na pudło!

Bardzo mnie cieszy także wynik moich pozostałych psiaków – Kodi i Zula wraz z Grzegorzem Hachołem zajęli 5 miejsce w bardzo mocno obstawionej klasie Scooter z 2 psami.

Mietek Paluch i JJ

7 miejsce: Canicross Men Junior

Foto z albumu Mietka

Mój pies nazywa się JJ,  nie jest duży. Ma 22 miesiące.

Przed zawodami trenowałem od początku października. Psa trenowałem 2 razy w tygodniu, a siebie 3 razy.
Moim zdaniem zawody były bardzo dobrze zorganizowane, od początku do końca. Rywale byli bardzo dobrze przygotowani, lecz dawałem radę. Strach przed rywalami był, bo nie wiedziałem czego można się spodziewać. Ale największą trudność  sprawiło mi błoto na trasie. Musiałem się bardzo koncentrować na biegu żeby się nie przewrócić.
Swój start uważam za bardzo dobry, ponieważ  był to mój pierwszy  start na takiej imprezie. Największą radość sprawiło mi  przebiegnięcie trasy.

Weronika Jurek i Nergal

Canicross Women Elite

Foto: M. Štěpánková

Mistrzostwa Świata IFSS 2017. Na kilka dni przed najważniejszym w sezonie startem mój pies, którego od kilku miesięcy intensywnie przygotowywałam, rozcina łapę, rozcina ją na tyle głęboko że eliminuje go to ze startu. Nerwy, strach, moment załamania, co robić? Na myśl przychodzi tylko jedyna możliwa opcja, prośba o użyczenie mi psa do startu od jednego z Polskich zawodników. Igor Tracz godzi się i wybiera dla mnie swojego psa, Nergala. Sytuacja opanowana, cieszę się że wystartuję, ale pozostaje obawa czy uda nam się zgrać i stworzyć duet. 25.11, sobota, pochmurny, zimny dzień, pada deszcz. Start mam po 14-stej, wspólny z Martiną Štěpánkovą, Mistrzynią Canicrossu. Odwiedzam Nergala, głaszczę, próbuję nawiązać więź: „tak piesku, właśnie dziś będziemy razem biegać”. Nadszedł czas startu, podprowadzają Nergala i razem podchodzimy do korytarza startowego, spotykamy tu też Martinę. Stres ciągle towarzyszy, większy, coraz większy, są pewne obawy, bo nie mój pies. Stoimy na linii, obok stoi Martina, Nergal mocno się szarpie, szczeka, chce już biec. Następuje odliczanie: 5, 4, 3, 2, 1… Start! Biegniemy! Martina wyprzedza. Trasa błotnista, dużo kałuż, deszcz ciągle pada, ale piesek dzielnie współpracuje, nikt nas nie wymija, wpadamy na metę bardzo zmęczeni lokując się na 19 pozycji. 26.11, niedziela. Startujemy dziś wcześniej i co 30 sekund. W korytarzu startowym czekam na Nergala, znowu mam obawy, ponieważ już raz dziś startował w bikejoringu. Przyprowadzają mi pieska, podchodzimy na linię. Nasz czas! Odliczanie! Biegniemy! Pierwsze dwa kilometry dobre tempo, widzę startującą przede mną zawodniczkę, doganiamy ją, ale tempo nagle spada, piesek jakby zmęczony, 800 metrów przed metą mija nas zawodniczka z Belgii i na metę wpadamy za nią. Spadamy z miejsca i kończymy na 24 pozycji w elicie 50 startujących pań z pieskami. Mogło być lepiej, trudno!

Nergal, 9 – letni staruszku, dziękuję!

Beata Milewska i Mishka

Canicross Women Elite

Foto z albumu Non-stop Dogwear

 

To były nasze pierwsze zawody tak dużej rangi. Tym bardziej cieszyło mnie to, że odbywają się w Polsce. Z Mishką, pięcioletnią wyżlicą węgierską miałyśmy sporą konkurencję. Startowałyśmy w elicie canicrossu. Od początku wiedziałam, że tym razem nie mamy dużych szans. Na kilka miesięcy przed zawodami mojemu psu zdarzyła się kontuzja. Właściwie zapisując się na zawody, nie byłam pewna, czy zdołamy w nich wystartować. Długa przerwa w treningach zrobiła swoje. Dobrze, że w międzyczasie rehabilitowałyśmy łapę na bieżni wodnej. Treningi wydolnościowe z zoofizjoterapeutką pomogły trochę utrzymać Mishkę w formie.

Pierwszy dzień startu był dość stresujący. Powracający na metę zawodnicy ani trochę nie przypominali siebie. Góra błota jaką miałyśmy do pokonania na drodze była nie do opisania. Choć trasa na pozór była prosta, szeroka, z zaledwie kilkoma zakrętami, w tych warunkach pogodowych była jedną z najtrudniejszych tras dla wielu zawodników.

Jednak dla nas te warunki okazały się być sprzyjające. Dobre buty to połowa sukcesu. Start poszedł nam świetnie. Od razu wyprzedziłyśmy Francuzkę, z którą startowałyśmy w parze, zostawiając ją daleko w tyle. Mishka jest średniej wielkości psem. Choć to mały szatan i ciągnie ile sił w łapach, niestety nigdy nie dorówna sile i mocy dużym psom zaprzęgowym w typie eurodogów. Jednak tego dnia przeszła samą siebie i nie sądziłam, że pójdzie jej aż tak dobrze. Ostatecznie miała duże obciążenie w postaci zapadającego się za nią w błocie zawodnika. Na metę dobiegłyśmy 33… 🙂

W drugim dniu zawodów wiele wskazywało na to, że pójdzie nam lepiej. Obie czułyśmy się nieźle. Pogoda również była lepsza: przestało wreszcie padać! Spora część trasy była już w miarę sucha i nie trzeba było już tak skupiać się na utrzymaniu równowagi. Natomiast Mishka, której nie da się napoić na zapas tak jak żadnego innego psa, w tym dniu postanowiła zatrzymywać się przy każdej większej kałuży napotkanej na drodze. Prawie nigdy tego nie robi! Straciłyśmy sporo sekund.

To było jedno z moich najwspanialszych doświadczeń. W tych dniach można było spotkać wielu wspaniałych, doświadczonych w psich zaprzęgach musherów z całego świata, dla których psy to całe ich życie. Cytując pana ze Straży Pozarnej, który pomagał przy imprezie: „nigdy nie zafundowałbym sobie czegoś takiego. Jest zimno, pada i w życiu nie widziałem tyle błota naraz”, chciałabym podkreślić, że jeśli coś jest Twoją pasją, to kochasz to ponad wszystko. Nic ci w tym nie przeszkodzi!

Zajęłyśmy 34 miejsce. Wstydu nie ma, liczy się udział 🙂

 

Pobiegnij z naszymi intruktorami.

Zapisz się na trening